9 marca 2026,  12:05

120$ za ropę! Wielka gra Trumpa z Chinami o Iran

Nie sposób nie skomentować wydarzeń ostatniego weekendu i dzisiejszego poranka. Wczoraj w nocy ropa otworzyła się z olbrzymią luką, około 18–20%,  w nocy z niedzieli na poniedziałek doszła prawie pod 120 dolarów za baryłkę. Teraz mamy cofnięcie. Jeżeli to cofnięcie się utrzyma, to jest dobry sygnał. Natomiast pytanie brzmi: Dlaczego do tego doszło, co się dzieje i jakie są moje przewidywania?

Ataki na infrastrukturę i „czarny deszcz”

Było wiadomo, że będziemy mieli coś w rodzaju paniki, ale chciałbym, żebyście Państwo tej paniki unikali, żebyśmy zachowali zimną krew. Już w weekend było wiadomo, że w niedzielę w nocy, w poniedziałek rano rynek ropy naftowej, zarówno WTI, jak i Brent, otworzy się z olbrzymią luką.  Stało się tak dlatego, że Amerykanie wraz z Izraelem zaatakowali instalacje ropy naftowej w Iranie. Tego się obawiałem – uważałem, że jeżeli ta wojna ma się zakończyć szybko, to powinny obowiązywać pewne zasady, a przede wszystkim nieniszczenie infrastruktury ropy naftowej. Oczywiście medialnie wyglądało to „efektownie”: wielkie słupy ognia, a potem doniesienia z Iranu, z Teheranu, że zaczął padać czarny deszcz.

Obraz zrobił się trochę apokaliptyczny, niemal armagedonowy. Oczywiście Irańczycy odpowiedzieli parę godzin później – paliła się już rafineria w Hajfie. I teraz: jeżeli atakujemy w ten sposób instalacje ropy, to sami Państwo wiecie – łatwo zniszczyć, trudniej odbudować. Stąd te ceny ropy i silne otwarcia luką kontraktów terminowych na światowych giełdach.

Najbardziej cierpi oczywiście japońska giełda, ale amerykańska i warszawska giełda także są na minusach. I teraz pytanie: czy już mamy tę panikę, czy dopiero do niej dojdzie? W mojej ocenie eskalacja konfliktu zmierza w złym kierunku.

Zaczęły się ataki na infrastrukturę – na rafinerie, na obiekty związane z ropą naftową – ale dla mnie wielkim problemem jest to, że, obiektywnie patrząc, wygląda to już na zbrodnię wojenną: Amerykanie z Izraelem zbombardowali miejsca destylacji wody dla ludności cywilnej w Iranie. Jak Państwo się orientujecie, w takich krajach jak Katar czy Kuwejt około 90% wody to woda zdestylowana, czyli odsalana. Jeżeli idziemy w tego typu bombardowania i niszczenie, to niestety – jeszcze raz powtórzę – może być to osądzane jako zbrodnia wojenna.

I teraz pytanie: dlaczego tak się dzieje? Tu pojawia się również wypowiedź ministra spraw zagranicznych Izraela, który stwierdził, że prawo międzynarodowe nie dotyczy Izraela, bo taka jest różnica między narodem wybranym a innymi narodami. To dobrze pokazuje sposób myślenia, który stoi za częścią działań, jakie dziś obserwujemy.

Chińska propozycja i pięć punktów

Trochę optymizmu przyniosła bardzo ciekawa – i, muszę przyznać, w dużej mierze godna poparcia – wypowiedź ministra spraw zagranicznych Chin, Pana Wang Yi. Nakreślił on, w formie apelu o zakończenie wojny, pięć punktów, z którymi się zgadzam.

Po pierwsze: bezwzględne poszanowanie suwerenności i integralności terytorialnej państw regionu.

Po drugie: sprzeciw wobec nadużywania siły oraz ochrona ludności cywilnej, która nie może stawać się ofiarą działań wojennych. W tym kontekście mówiłem już Państwu o – moim zdaniem – zbrodni polegającej na bombardowaniu szkoły dla dziewczynek w wieku 6–12 lat. To jest styl walki Izraela, który dla nas, jako dla ludzi wychowanych w kulturze chrześcijańskiej, jest po prostu niezrozumiały.

Trzeci filar chińskiej propozycji to zasada nieingerencji w sprawy wewnętrzne innych państw. Pekin sprzeciwia się próbom obalania rządów czy wywoływania tak zwanych kolorowych rewolucji, podkreślając, że o przyszłości regionu powinni decydować jego mieszkańcy.

Ja również stoję na stanowisku, że istnieją różne cywilizacje. Wzrastamy w nich od wieków i każda z nich ma swoje prawa, wynikające z religii, zwyczajów i historii. Jestem za poszanowaniem mądrości tych cywilizacji – wtedy jesteśmy w stanie uniknąć wojny. Uważam, że ludzie mają prawo decydować o swoich państwach, bo na tym polegają wspólnoty. Z tego powodu zawsze byłem przeciwnikiem kwestionowania wyników wyborów – niezależnie od moich sympatii politycznych. Jeśli wygrywali ludzie, na których nie głosowałem, nie byłem zwolennikiem rewolucji, tylko poszanowania każdego wybranego prezydenta czy premiera – dotyczy to zarówno Polski, jak i krajów sąsiednich w Unii Europejskiej, szerzej – w Europie i na świecie.

Czwarty punkt dotyczy powrotu do dialogu i rozwiązań politycznych. Według Chin jedynie negocjacje mogą doprowadzić do trwałej stabilności na Bliskim Wschodzie. Też uważam, że dobrze, aby Chiny się w to włączyły – i one się włączą.

Piąty element to apel do największych mocarstw świata o wzięcie odpowiedzialności za pokój i odejście od logiki dominacji geopolitycznej.

Chiny robią tu niejako krok w tył, bo – jak już wspominałem – w tym roku mamy do czynienia ze zmianą geopolityki. Amerykanie nie mieli dotąd dobrego punktu nacisku na Chiny, bo – jak relacjonowałem – podczas spotkania pomiędzy Trumpem a władzami Chin, to właśnie Trump de facto przegrał. Chińczycy mają metale ziem rzadkich. Powiedzieli: „jeżeli będziecie robili coś przeciwko nam, to albo wam tych metali nie damy, albo wprowadzimy takie prawo, że każdy, kto będzie chciał używać tych metali w jakichkolwiek komponentach i eksportować produkty za granicę, będzie potrzebował naszej zgody”. I wtedy Trump musiał się wycofać.

USA, Izrael i świat arabski

Dzisiaj kluczowe pytanie brzmi: kto rządzi w tym „związku partnerskim” czy wręcz „małżeństwie” pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Izraelem? Czy to Stany Zjednoczone rządzą Żydami, czy Żydzi rządzą Amerykanami? Z tego, co widzimy, wynika, że to Żydzi w dużej mierze rządzą Amerykanami. Trump został wciągnięty w tę wojnę, ale jego myśl była taka: „jeżeli przejmę Iran, to będę miał kontrolę nad dostawami ropy do Chin”, bo Chiny w dużej mierze biorą ropę właśnie z Iranu. I wtedy miałby punkt zaczepienia w następnej rundzie dialogu z Pekinem. A ta runda następuje właśnie teraz – na koniec marca.

W mojej ocenie cała „zabawa” skończy się właśnie do marca, do wizyty Trumpa w Chinach. Obie strony już się do tego przygotowują – to jest forma ich dialogu i negocjacji. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że oszukani mogą poczuć się także Arabowie. Nie mówię tu o szyitach, ale o sunnitach, czyli o krajach takich jak Katar, Oman, Dubaj, Emiraty Arabskie. Oni będą się czuli oszukani. Dlaczego? Bo tracą pieniądze. Z jednej strony oczywiście część z nich mogła chcieć, żeby w Iranie nastąpiły zmiany, może nawet po cichu wspierali różne działania – tego nie wiem – ale dziś ich spojrzenie może być inne.

Pękają pewne mity, na przykład ten, że według inwestorów Dubaj to najbezpieczniejsze miejsce na Ziemi. Teraz to się zmienia. Lotniska i cały przemysł związany z lotnictwem oraz infrastrukturą lotniczą to około 20% PKB Dubaju. Tego bezpieczeństwa dziś już nie ma. Arabowie tracą, ale sytuacja jest też taka, że Iran może w pewnym momencie zacząć ich atakować. Teheran mówi: „nie będę atakował sąsiadów”, ale dodaje: „jeżeli stamtąd będą szły ataki, to będę musiał odpowiadać”.

Co najważniejsze – wojnę przedłuża także to, że Trump podobno trzykrotnie chciał rozmawiać z Iranem o zawieszeniu broni, ale Iran mówi „nie”. I tu się przeliczono. Trzeba było tych Persów zostawić w spokoju. Gdy wybuchł ten konflikt i jeszcze nie było jasne, w jakim kierunku pójdzie, uważałem, że to błąd. Rozumiałem, dlaczego Trump to robił – chciał utrzymać dominację na arenie międzynarodowej i mieć kartę przetargową w rozmowach z Chinami – ale Chińczycy zachowują się dziś bardzo rozsądnie, mówią „nie idźmy w dominację, współpracujmy, jesteśmy odmienni, nie zmienimy się, ale spróbujmy współpracować”. I ja też tak uważam – jesteśmy różni, ale powinniśmy współdziałać.

Przecież nawet słynne motto Unii Europejskiej mówi o tym, że „w różnorodności siła” – choć dziś wielu przedstawicieli Unii o tym zapomina, depcząc fundamenty, na których Wspólnota była budowana. Tak samo powinno być na świecie: w różnorodności jest siła, nie róbmy wszystkiego na jedną modłę. A jeśli okazało się, że ten „reżim irański” wcale nie jest tak znienawidzony, jak nam go przedstawiano, skoro trzyma się bardzo dobrze – to widać, że społeczeństwo wykazuje jeszcze większą determinację, by walczyć o swoje. Nie ma tam żadnej rewolucji – wręcz przeciwnie.

Dlatego mam do Państwa jeden apel. Uważam, że każdy komentator geopolityki, finansów, ekonomii powinien być odpowiedzialny za swoje słowa. I dlatego apeluję, żebyście Państwo nie panikowali. Media będą nakręcać spiralę: „paliwo na stacjach już po tyle i tyle”, „będzie 8, będzie 10 złotych za litr”, zaraz będzie presja, żeby biec po paliwo i papier toaletowy. Na razie zachowajmy spokój. Jeżeli ceny ropy po tym rajdzie do 120 dolarów zejdą nawet do okolic 100, to i tak będzie dobry znak, bo już kilka czerwonych światełek na Wall Street się dziś zapaliło.

Rynki finansowe

Reakcja walut na tak potężne wzrosty cen ropy, w mojej ocenie, i tak jest umiarkowana – mogłoby być o wiele gorzej. Ropa rośnie 20%, a euro–dolar zmienia się na korzyść dolara o 0,5%. Poczekajmy jeszcze, bo tu mogą się rozegrać naprawdę ciekawe ruchy. Mamy korekty na giełdach, dolar się umacnia, zobaczymy, co będzie z parą dolar–jen; jeżeli kurs pójdzie dalej w okolice 160, to może dojść do wspólnej interwencji Amerykanów i Japończyków, co z kolei może sytuację odwrócić. Rynek jest zmienny. Czasami uważam, że również „nicnierobienie” jest formą zarządzania.

W temacie kruszców – wygląda na to, że będą się korygować. Już w zeszłym tygodniu widać było, że sytuacja prowadzi do korekty na złocie i srebrze. Jeżeli to się utrzyma, będzie dalsze cofnięcie. Chociaż biorąc pod uwagę cały koszyk aktywów – akcje, waluty, surowce – kruszce zwykle wychodzą obronną ręką z takich zawirowań. Ale bądźcie Państwo bardzo, bardzo ostrożni.

Pamiętacie Państwo, apelowałem już parę tygodni temu, że to będzie bardzo trudny rok, że będzie bardzo trudny miesiąc, że nie będzie łatwo, że będą duże zmienności. I właśnie to dziś mamy. Z jednej strony cieszę się, że Chińczycy dołączyli do głosów wzywających do spokoju, bo do tej pory milczeli. Myślę, że już trwają pewne zakulisowe negocjacje przed spotkaniem Trumpa z władzami Chin – oby okazało się ono sukcesem.

Nie wiem natomiast, w jaki sposób zakończy się wojna w Iranie. Jak to mówią – trafiła kosa na kamień. Uważałem, że Persów lepiej zostawić w spokoju, ale okazuje się, że to jednak Izrael w dużej mierze rządzi Ameryką, a nie Ameryka Izraelem. Zobaczymy, jak to wszystko się ułoży.

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *