
Sytuacja na rynkach finansowych
Głównym wydarzeniem dla gospodarek i dla rynków finansowych jest nadal sytuacja związana z wojną z Iranem. W tamtym tygodniu Donald Trump, w poniedziałek, poruszył rynki swoim wpisem. Wiele osób na tym zarobiło, wiele straciło. Wpis dotyczył informacji, że negocjacje trwają i jest bardzo dobrze.
Oczywiście potem się okazało, że kolejne dni przyniosły ze strony Iranu dementi — że nie ma żadnych negocjacji. Potwierdzono jednak, że kontakt został nawiązany za pośrednictwem Pakistanu. I tak się obawiałem, że jeżeli Trump kupuje czas — a robi to bardzo umiejętnie — to, biorąc pod uwagę poprzednie konflikty, w normalnych okolicznościach dolar powinien być o wiele mocniejszy niż jest, a tak nie jest.
Podobnie sprytnie wyhamowywane są ruchy giełdowe, ruchy na złocie i ruchy na ropie. I tu jest pewna prawidłowość: w poniedziałek mamy optymizm, bo w czwartek i piątek rynki panikują i zamykają się w dołach — dlatego że obawiają się, iż w weekend wydarzy się coś ekstremalnego. Potem, kiedy się nic nie wydarza, w poniedziałek rynki odrabiają straty.
Mamy zatem taką „wańkę wstańkę” i, mimo wszystko, uważam, że jest to całkiem dobrze zarządzane. Natomiast jednym niekorzystnym elementem jest to, że niedługo może się okazać, iż wypowiedzi Trumpa przestaną zyskiwać na znaczeniu — bo będzie mówił, że jest bardzo dobrze, a rynki mogą mu po prostu nie uwierzyć.
Zegar tyka: konflikt z Iranem ma datę ważności
Ten konflikt niesie ze sobą ryzyko eskalacji, natomiast czas jego trwania jest ograniczony, w mojej ocenie, do końca kwietnia. Tak uważam z dwóch przyczyn.
Po pierwsze, zgodnie z prawem amerykańskim prezydent może prowadzić wojnę samodzielnie, bez zgody Kongresu, do pewnego limitu czasu — limit upływa właśnie pod koniec kwietnia. Następnie Trump musiałby uzyskać zgodę Kongresu, co może być poważnym problemem.
Po drugie, czas działa na jego niekorzyść, bo z upływem czasu coraz trudniej jest hamować rynki finansowe — mam na myśli ceny ropy naftowej, które przekładają się na akcje, na rynek walutowy i na surowce. W związku z tym muszą szybko to kończyć.
Jest też prozaiczna przyczyna: po obu stronach po prostu brakuje już czym walczyć. Izrael okazał się sprawny militarnie, jednak poniósł w ostatnim weekendzie druzgocące straty, jeśli chodzi o sprzęt i czołgi — i to nie tylko w konflikcie z Iranem, ale i w walkach na gruncie libańskim. Amerykanie tymczasem strzelają rakietami wartymi kilka milionów dolarów każda — do dronów kosztujących 20 tysięcy dolarów. Okazuje się, że są nieprzygotowani i moim zdaniem wkrótce nie będą mieli czym zadawać ciosów, choć wystrzelono tych rakiet bardzo dużo. Mówi się, że jest to o wiele więcej niż w trakcie całej wojny na Ukrainie, a konflikt trwa stosunkowo krótko.
W związku z tym, czego możemy się spodziewać? Dzisiaj ciężko jednoznacznie powiedzieć, czy coś będzie spadało, czy rosło. Szczerze mówiąc, jeżeli mamy do czynienia z interwencjami słownymi — bo nawet jeżeli założymy, że dolar będzie się umacniał względem euro i funta — to jak można z pełną odpowiedzialnością doradzać spekulowanie na dolarze, skoro wystarczy, że Trump powie coś na swojej platformie Truth Social i będziemy mieli odjazd w górę o procent? I już po naszej pozycji.
W związku z tym uważam, że najlepiej na ten czas zacząć robić zakupy i przygotować się na Wielkanoc. Rynek jest po prostu bardzo trudny i trzeba to moim zdaniem przeczekać.
Szerszy kontekst geopolityczny i gospodarka Europy
Jeden plus jest taki, że ten konflikt będzie ograniczony czasowo. Jeżeli Amerykanie go nie wygrają — a w mojej ocenie nie jest to możliwe — to muszą ogłosić jakiś sukces. Podejrzewam, że najchętniej Donald Trump chciałby współkontrolować Cieśninę Ormuz i pobierać haracz od armatorów razem z Iranem. Po prostu denerwuje go to, że Iran pobiera kasę — on też by chciał. I to jest klucz do zrozumienia całej tej sytuacji.
Oczywiście jest wiele innych aspektów, o których mówiłem Państwu wcześniej — między innymi wielkie kontrakty na elektrownie atomowe w Arabii Saudyjskiej i szerzej pojętym regionie. Trzeba też uważać, że jeżeli ta wojna się przeciągnie, może to spowodować, że o Dubaju — o tym blichtrze i tym złocie — będziemy mogli zapomnieć, bo w negatywnym scenariuszu nastąpią olbrzymie problemy geopolityczne i gospodarcze dla tamtego regionu.
Natomiast na dzień dzisiejszy uważam, że naprawdę warto życzyć sobie dojścia do porozumienia i zakończenia tej wojny, dlatego że zminimalizuje to ryzyka kryzysu w długim terminie. Jeżeli bowiem ta wojna będzie trwała, cena ropy może doprowadzić do kryzysu głębszego i strukturalnego.
Na terenie Europy — nawet kanclerz Merz mówi już o powrocie do węgla. My też musielibyśmy do niego wrócić. Do atomu, niestety, Niemcy wrócić już nie mogą — i tu przypomina mi się pewien żydowski kawał o rabinie, który wsiadł do pociągu i się pomylił. Na każdej kolejnej stacji lamentował coraz bardziej — „ajwaj, ajwaj!” — bo, jak powiedział: „Co kolejna stacja, tym trudniej mi wrócić.” Dokładnie tak samo jest z Niemcami: powiedzieli, że odchodzą od atomu, zniszczyli całą infrastrukturę, a teraz sami są ofiarą własnych błędów — i co stacja, tym trudniej im zawrócić.
To rodzi poważne implikacje dla całej Europy, bo jesteśmy importerami, a nie producentami surowców. Jeżeli mamy problemy z krajami Zatoki Perskiej — a część gazu bierzemy też w formie LNG ze Stanów — to podejrzewam, że nasi sąsiedzi Niemcy szybko dogadają się z Rosjanami i będą od nich odbierać gaz i ropę.
W związku z tym zastanowiłbym się nad polityką naszego rządu: czy zawsze musimy być tym, który najgłośniej szczeka? Bo potem, jak przyjdzie co do czego, możemy mieć problem z dostępem do gazu i ropy.
Uważam, że świat zmienia się w kierunku, w którym przetasowania geopolityczne będą wymagały rozmów z każdym mocarstwem — tym bardziej jeżeli chcemy dążyć do pokoju. Nie możemy wywoływać wojen ani eskalować napięć; trzeba iść głosem rozsądku. Amerykanie nie będą mieli problemu z rozmowami z Rosjanami, Chińczykami czy Iranem — i najchętniej by położyli łapę na ropie irańskiej. Sukcesem dla nich byłoby wspólne pobieranie „haraczu” z tak zwanym irańskim reżimem — tym bardziej że już położyli rękę na ropie wenezuelskiej. Zwróćcie Państwo uwagę, że ostatnio Donald Trump zgodził się na dostarczenie rosyjskiej ropy na Kubę w ramach pomocy humanitarnej.
W związku z tym: czemu i my nie mielibyśmy rozmawiać o surowcach i współpracy ze wszystkimi, budując dobre sąsiedzkie relacje? Uważam, że już czas — dobre relacje i z Ukrainą, ale także z Rosją, bo ta wojna też niedługo dobiegnie końca. Zresztą zwróćcie Państwo uwagę, że ona już zeszła na dalszy plan — nie mówi się o niej tak jak wcześniej, nie ma już takiego znaczenia. To trochę tak jak kiedyś Putin zakończył globalną pandemię COVID, napadając na Ukrainę — tak samo teraz można powiedzieć, że konflikt ukraińsko-rosyjski wygasa w cieniu nowego konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi i Iranem.
Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.