Rynki w stanie napięcia
Jestem naprawdę zaskoczony, a może nawet pod wrażeniem tego, jak światowa finansjera i politycy trzymają w ryzach rynki finansowe. Bo tak jak mówiłem w poniedziałek – byliśmy już tuż przed krachem. Praktycznie, gdyby pojawiły się złe informacje w weekend, moglibyśmy się spodziewać krachu, powtórki z poprzedniego poniedziałku, ponieważ wszystkie wskaźniki były dosłownie na krawędzi. Mam na myśli notowania amerykańskich obligacji, ceny ropy i poziomy indeksów giełdowych.
Natomiast wybrnęliśmy z tej sytuacji obronną ręką, bo mamy już trzy dni wzrostów – zarówno na giełdach, jak i trzy dni osłabienia dolara. A teraz zbliżają się kluczowe wydarzenia: decyzja Fedu, posiedzenie Bank of Japan, a także niepewność związana z wizytą Trumpa w Chinach. Niektórzy twierdzą, że wizyta jest przełożona, inni – że dopiero rozważane jest jej przesunięcie.
Z uwagi na Iran niektórzy komentatorzy interpretują to jako dalsze napięcie w relacjach między mocarstwami. Trwa rozgrywka o hegemonię – o wpływy i władzę nad światem. Tymczasem widzimy, że indeksy odrabiają straty, a sytuacja wydaje się częściowo opanowana.
W nocy ropa znowu się osunęła – kontrakty na Brent otworzyły się z luką, WTI także notowane jest na minusach. Rynek jednak nie reaguje nerwowo. Można odnieść wrażenie, że uczestnicy przyzwyczaili się do tego napięcia w cieśninie. Jak mówią Irańczycy, statki pod przyjaznymi banderami – zwłaszcza Chin i Indii – mogą przepływać swobodnie.
Geopolityka i metoda w szaleństwie
Ostatnio wspominałem, że nie rozumiem tej inwazji, że moim zdaniem była to decyzja błędna. Uważałem wówczas, że Stany Zjednoczone zostały namówione, a wszystko sprowadzało się do interesów Izraela na Bliskim Wschodzie. Bo to przecież naród, który deklaruje zamiłowanie do pokoju, choć w praktyce walczy z sąsiadami od początku istnienia swojego państwa.
Dzisiaj jednak coraz częściej nachodzi mnie myśl, że może w tym szaleństwie jest metoda. Bo zawsze mówiłem, że ci, którzy podejmują odważne, niestandardowe ruchy, wcale nie muszą być głupi. Może to my po prostu nie rozumiemy ich strategii, a oni – jak to się potocznie mówi – „kleją głupa”, żeby coś ugrać.
Coraz częściej pojawia się teoria, że światowa gra toczy się o wymianę petrodolara. Ten system jest bowiem zagrożony – po pierwsze przez dekarbonizację gospodarki, a po drugie przez rosnącą siłę państw takich jak Chiny, Iran czy Rosja, które w ramach BRICS chcą osłabić dominację dolara. Iran miał nawet oświadczyć, że statki rozliczające się w innej walucie, np. w juanie, będą przepuszczane przez cieśninę bez przeszkód.
To pokazuje, że dąży się do zdetronizowania petrodolara, co uderzyłoby w Stany Zjednoczone, finansujące swoje zadłużenie dzięki pozycji dolara jako waluty rezerwowej. W odpowiedzi USA najwyraźniej przygotowują alternatywę – nowy model, który można nazwać „atom-dolarem”.
W tym kontekście zauważmy, że główne mocarstwa – Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny – rywalizują między sobą o sprzedaż technologii jądrowych, a dokładniej reaktorów atomowych, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. W tym „wyścigu” o Arabię Saudyjską prowadzą Amerykanie.
Dzięki wojnie z Iranem Stany Zjednoczone zyskały argument, że to one zapewniają ochronę w regionie. Iran pełni tu niejako funkcję „menadżera marketingowego” tej sytuacji. Amerykanie mówią: „Zobaczcie, my was chronimy, ale jak my nie będziemy was chronić, to macie ten złowrogi Iran. Jeśli chcecie bezpieczeństwa – kupcie od nas reaktory atomowe”.
Arabia Saudyjska przystaje na to, zamawiając 16 elektrowni atomowych. A to oznacza, że Stany Zjednoczone wchodzą na Bliski Wschód z inwestycjami, technologią i serwisem na dziesięciolecia. Tym samym z rynku wypadają Rosjanie i Chińczycy.
Co to oznacza w praktyce? Skoro Amerykanie dostarczają technologię, to mają również kody kontrolne i dostęp do systemów. Jeśli kiedyś Arabowie się zbuntują – USA mogą zdalnie ograniczyć im produkcję energii. Jednocześnie zarabiają w dolarach, serwisując te technologie przez 80–100 lat. W efekcie ropa przestaje być jedynym źródłem wpływów, a Amerykanie zyskują nową walutę dominacji – technologię atomową.
I tutaj pojawia się kluczowa refleksja: myślimy, że politycy działają chaotycznie, a może właśnie to „szaleństwo” jest częścią długofalowego planu – rozgrywki o wpływy, kontrolę nad energią i o ograniczenie roli Chin oraz Rosji. To jest prawdziwa rozgrywka o władzę w skali globalnej, której my, zwykli obywatele, często nie widzimy. My podniecamy się tym, że ktoś utknął na Malediwach, że świat „stoi na głowie”, a tymczasem na najwyższym poziomie trwa rywalizacja o narzędzia przyszłości: technologie, energię, pieniądz.
Na razie wygląda na to, że świat wychodzi z obecnego zamieszania suchą nogą. Ceny ropy są stabilne, nawet spadają. Od poniedziałku do dziś ruchy na rynkach są spokojniejsze. Dziś kluczowy będzie Fed – instytucja, która już nieraz ratowała sytuacje przedkryzysowe. Zobaczymy, czy tym razem też się uda.
Nie mogę powiedzieć, że kryzys mamy za sobą w stu procentach, ale widać, że rynki szukają stabilizacji. Coraz mniej jest też ataków militarnych – wydaje się, że obie strony zaczynają wykorzystywać resztki swoich zasobów, co zwykle prowadzi do rozmów. Iran wciąż trzyma w szachu cieśninę, ale sam ogłosił, że nie blokuje wszystkich statków, a jedynie te „wrogie”. Ubezpieczyciele stopniowo wchodzą na rynek, co także świadczy o normalizowaniu sytuacji.
Ja osobiście bardzo chciałbym, aby to napięcie zaczęło się wygaszać. Ale pamiętajmy – Trump wcale nie jest szaleńcem, jak wielu uważa. Po prostu działa w ramach strategii, której my nie znamy. Tak jak wspominałem, w tym szaleństwie naprawdę może być metoda, a stawką jest technologia – to, kto trzyma „guziki”.
Dlatego też, kiedy mówimy o zbrojeniach w kontekście Polski, musimy myśleć szerzej. To nie jest już kwestia tylko polityczna, ale i technologiczna. Broń XXI wieku to systemy pełne kodów i zabezpieczeń. Jeśli kupimy sprzęt od kogoś, kto nie jest naszym sojusznikiem, możemy kiedyś obudzić się z czołgami, które po prostu „staną w polu”.
Musimy więc patrzeć nie tylko przez pryzmat dyplomacji czy finansów, ale też interesu narodowego – tego, kto faktycznie daje nam bezpieczeństwo, a kto tylko sprzedaje sprzęt.

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.