W piątek mieliśmy dużą wyprzedaż. Oczywiście można to ująć tak, jak powiedział Donald Trump – pierwszy raz w historii bardzo dobre dane zostały przez giełdy przyjęte spadkami. Tylko pytanie: skąd to się bierze?
Przegrzane rynki i anomalia na rynku walutowym
Mieliśmy bardzo dobre dane z rynku pracy. I tu dochodzimy do kluczowej różnicy, o której mówiłem już wcześniej: między Fedem a Europejskim Bankiem Centralnym. W Europie – czy to EBC, czy NBP – polityka pieniężna opiera się w praktyce głównie na jednym wskaźniku: inflacji. Są cele inflacyjne i jeśli inflacja od nich odbiega, bank centralny reaguje – podnosi lub obniża stopy.
Natomiast w Stanach Zjednoczonych dochodzi drugi, równie ważny element: rynek pracy, czyli bezrobocie. I teraz mamy taką sytuację, że w związku z wydarzeniami na Bliskim Wschodzie mieliśmy wzrost inflacji także w USA, mimo że Stany Zjednoczone są per saldo eksporterem energii. Czyli z jednej strony mamy rosnącą inflację – a to oznacza, że Fed powinien podnosić stopy, żeby ją schłodzić.
Ale z drugiej strony mamy rynek pracy. Gdyby bezrobocie rosło i sytuacja na rynku pracy była słaba, to wtedy byłyby spełnione warunki do obniżania stóp. I wcześniej właśnie w tę stronę szły oczekiwania – liczono prawdopodobieństwo cyklu obniżek i wielu uważało, że Fed nadal w tym cyklu jest.
Tymczasem okazuje się, że mamy bardzo dobre dane z rynku pracy. Czyli gospodarka się rozwija. A skoro jednocześnie mamy inflację, to Fed nie tylko nie musi obniżać stóp – on wręcz może je podnieść. Tym bardziej że jest to gospodarka, która eksportuje energię.
Dobre dane, wbrew pozorom, dały Fedowi przestrzeń do tego, żeby odejść od narracji o niskich stopach. Bo skoro rynek pracy jest mocny, to nie ma potrzeby go „ratować” tanim pieniądzem.
Druga przyczyna jest taka, o której też mówiłem – rynki były po prostu bardzo rozgrzane. Mówiłem o tym w ostatnim odcinku: pytanie było tylko, jak długo to jeszcze potrwa.
Na przykład na NASDAQ-u mieliśmy bardzo wąski zakres wzrostów. Rosły głównie spółki związane z produkcją układów scalonych i sztuczną inteligencją. I to były wzrosty rzędu nawet 100% w krótkim czasie.
Natomiast jeśli spojrzymy na cały S&P 500, to wzrost był znacznie mniejszy, bo tam jest szerszy wachlarz spółek, nie tylko tych związanych z AI. Podobnie Nikkei – rósł dzięki inwestycjom w sztuczną inteligencję, ale to wszystko było już bardzo rozgrzane.
Ta korekta po prostu się należała.
Do tego dochodziły jeszcze inne sygnały ostrzegawcze. Giełdy rosły, a krypto spadało. Giełdy rosły, a eurodolar nie zachowywał się tak, jak powinien.
W normalnych warunkach, przy takim układzie, eurodolar powinien być znacznie wyżej – w okolicach 1,20–1,22. Tymczasem był na poziomie 1,16, a w piątek zszedł prawie do 1,15.
To oznacza, że coś było „pod spodem”. Banki amerykańskie najwyraźniej już coś wyceniały na rynku walutowym. I niewykluczone, że zobaczymy dalszy ruch w dół – nawet w okolice 1,14.
Tyle że po takim piątkowym zjeździe trzeba być bardzo ostrożnym. To może być początek większej korekty – takiej, która i tak była potrzebna.
Europa na progu recesji, Polska traci pozycję lidera
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze szerszy obraz: banki centralne, gospodarka i polityka.
Mamy posiedzenia banków centralnych i zakłada się, że EBC będzie reagował, bo pojawiają się pierwsze oznaki spowolnienia. Patrząc na dane, można spodziewać się pierwszych symptomów recesji. Polska też już wyhamowuje – spadliśmy z pierwszego miejsca jeśli chodzi o wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej, jesteśmy na podium, ale trend jest wyraźny. I tu dochodzimy do sedna problemu: polityki energetycznej.
Ja cały czas powtarzam z uporem maniaka: trzeba tych durniów odsunąć od władzy. Dlatego że polityka, która prowadzi nas w kierunku tej całej „nowej energetyki”, zmian klimatycznych, Zielonego Ładu i ETS-ów, wymaga radykalnej zmiany. Tego nie da się już łagodzić, jak chcą niektórzy. Tego nie da się „korygować”. To trzeba po prostu zaorać i wrócić do normalnej gospodarki.
Trzeba postawić na człowieka i zacząć realnie konkurować ze światowymi gospodarkami, z globalnymi hegemonami, jeśli chcemy się liczyć. A te wszystkie bzdury po prostu odstawić na bok.
Dzisiaj technologia poszła do przodu, widać to nawet na prostych przykładach. Wystarczy spojrzeć na samochody – współczesny diesel ma tak niską emisyjność, że nie ma żadnego porównania z tym, co było w latach 80. Dokładnie to samo dotyczy energetyki. Nawet energetyka węglowa jest dziś nieporównywalnie mniej emisyjna.
Trzeba patrzeć na to, co robią najwięksi – Stany Zjednoczone czy Chiny. Oni cały czas stawiają na energetykę, w tym również węglową.
Oczywiście nie mówię, żeby rezygnować z nowych źródeł energii. Ale bez przesady – miks energetyczny musi mieć swoje proporcje. Szczególnie w naszych warunkach, gdzie Polska stoi na węglu. Nie jesteśmy ani na pustyni, ani w miejscu, gdzie wiatr wieje bez przerwy. Nie mamy warunków ani do stabilnej energetyki wiatrowej, ani do tego, żeby słońce świeciło cały czas – zwłaszcza zimą, mimo że niektórzy twierdzą inaczej.
Dlatego sytuacja jest taka, że wchodzimy w korektę, a nasza gospodarka zaczyna słabnąć. W związku z tym trzeba jej dodać nowych impulsów. Taki impuls powinien polegać chociażby na tym, żeby ceny energii w Polsce były przynajmniej na poziomie krajów Europy Zachodniej. Wtedy będziemy w stanie z nimi normalnie konkurować, bo jesteśmy od nich lepsi i mądrzejsi.
Natomiast w sytuacji, w której mamy prąd nawet sześciokrotnie droższy niż w innych krajach Unii, po prostu nie mamy szans. I wtedy, jak to się mówi, święty Boże nie pomoże.

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.