
Dzisiaj opowiem o pułapce Tukidydesa, o dziwnych prowokacjach wobec dziennikarzy jednej ze stacji opozycyjnych – Telewizji Republika, o znaczeniu słowa „tolerancja” oraz o rocznicy bitwy pod Monte Cassino, która wypada dziś. To wszystko złoży się w jedną całość.
Chiny, USA i pułapka Tukidydesa
Muszę powiedzieć, że jestem pod ogromnym wrażeniem Chin. Kiedy patrzę na Chiny i porównuję je z tym, co dzieje się w Unii Europejskiej, widzę wielką przepaść intelektualną na korzyść Chińczyków. Nasi unijni „przywódcy” wywodzący się z kolebek neomarksistowskich, wypadają bardzo blado na tle Chińczyków, którzy również są socjalistami czy komunistami, ale jednak myślą zupełnie inaczej.
Oczywiście w Europie zachodzą wielkie zmiany, które mogą zwiastować zmianę podejścia do rządzenia kontynentem. W Londynie odbył się ogromny marsz pokazujący, że Anglicy zaczynają się budzić przeciwko ideologicznej głupocie. W Hiszpanii partia socjalistyczna rządzącego premiera przegrała wybory regionalne w Andaluzji – kolejne z rzędu. To pokazuje, że Europa zaczyna się budzić. Przechodząc jednak do pułapki Tukidydesa: Chińczycy w swoim oświadczeniu po rozmowach wspomnieli właśnie o tej pułapce. To moim zdaniem świetny ruch dyplomatyczny.
Pułapka Tukidydesa to sytuacja, w której Sparta nie mogła znieść rosnącej potęgi Aten. Narastające napięcie doprowadziło do wojny. Przenosząc to na nasze czasy: gdy rodzi się nowa potęga, stary hegemon widzi jej wzrost i może wpaść w pokusę wywołania konfliktu aby ten wzrost zatrzymać.
Chińczycy zwrócili się więc do Stanów Zjednoczonych z przekazem: nie popadajcie w pułapkę Tukidydesa. Tutaj dość jasno widać, kto jest dziś „Atenami”, a kto „Spartą”. Nowa potęga rośnie, dorównuje hegemonowi i może go przegonić – i to budzi lęk.
Wojny nie biorą się z tego, że istnieją dwa silne państwa, lecz z tego, że jedno z nich nie może znieść, że drugie rośnie w siłę. U nas mamy podobny mechanizm w skali regionalnej: naszym sąsiadom trudno jest przełknąć, że Polacy wychodzą z roli taniej siły roboczej – „słowiańskiego narodu do pracy przymusowej” – i że polski biznes śmie stawać się równorzędnym partnerem. Stąd różne działania mające osłabić państwo, zadłużyć je, przekierować strumienie pieniędzy tak, aby znowu zepchnąć nas do roli podwykonawcy.
Przykładem takiego myślenia jest pomysł Pani minister Hennig-Kloski dotyczący polskiej elektromobilności – budowy polskiego samochodu elektrycznego. Zgrabnie ujęła to tak, że 75% komponentów mają dostarczać „regionalni producenci z krajów Unii Europejskiej”. Można się domyślać, z jakiego kraju ci producenci się wywodzą.
Widzimy też ciekawą zmianę: wielkie mocarstwa mają problem z relatywnie mniejszymi graczami. Rosja od czterech lat nie może „dojechać” do Kijowa, a Ukraińcy powoli odzyskują część terytoriów. Iran nie padł na kolana przed USA. Działania wojenne są wstrzymane, cieśnina Ormuz jest dalej zablokowana, a Unia Europejska sama zaczyna negocjować z Iranem.
Do tego dochodzi Arabia Saudyjska, która zaczyna odchodzić od Stanów Zjednoczonych i zbliża się do Pakistanu, podczas gdy Emiraty Arabskie wciąż trzymają z USA. Amerykanie tracą wpływy w Rijadzie. Trump w niedzielę znów grozi, że jeśli Iran szybko nie podpisze pokoju, zostanie zniszczony – retorykę znamy. Fakty są takie, że układ sił na wielkiej szachownicy się zmienia.
Inflacja, ropa i korekty na rynkach
Na rynku finansowym widać, że rynki w końcu zauważyły ryzyko inflacyjne – wcześniej, niż się spodziewałem. Zakładałem, że to uderzy pełniej dopiero po wynikach spółek w drugiej części roku, kiedy okaże się, jak inflacja i wysokie ceny ropy przekładają się na wyniki.
Tymczasem już pierwsze dane inflacyjne pokazały zagrożenie, co wywołało korektę. Jak głęboka będzie ta korekta – tego nikt dziś nie wie. Wszystko zależy od tego, jak zostanie podpisana umowa pokojowa z Iranem, czy Unia Europejska się z nim porozumie.
W mojej ocenie to właśnie Unia jest w najtrudniejszej sytuacji – mówiłem o tym już wcześniej. Ropa dalej idzie w górę, zapasy surowców się kurczą, a bez wyjścia dyplomatycznego może nas czekać realny kryzys energetyczny, włącznie z przymusową „pracą zdalną”.
Prowokacje wobec Telewizji Republika i „tolerancja represywna”
Teraz druga oś dzisiejszej opowieści. W tzw. mainstreamowych mediach prawie się o tym nie mówi, ale doszło już do około trzydziestu zdarzeń – różnych prowokacji wobec pracowników i dziennikarzy Telewizji Republika, dziś chyba największej stacji informacyjnej w Polsce.
Policja wchodziła do mieszkań pod różnymi pretekstami: u redaktora naczelnego Sakiewicza mieli informację, że jakieś dziecko chce popełnić samobójstwo w jego mieszkaniu; u innego redaktora – że w łazience siedzi ktoś z „pasem szahida” i zaraz się wysadzi. Wszystko to jest bagatelizowane przez rząd.
Dlaczego tak się dzieje? To nie są nowe metody. W czasach PRL opozycjoniści opowiadali, że nagle przychodził dzielnicowy z urzędnikiem z miasta i oznajmiał, że budynek grozi zawaleniem – trzeba natychmiast opuścić lokal. Tak nękano tych, którzy nie współpracowali z aparatem bezpieczeństwa. Dziś mamy „nowe” wersje tych samych metod: rzekome samobójstwo, rzekomy terrorysta w łazience, rzekoma przemoc domowa.
Dlaczego lewa strona sceny politycznej nie reaguje, a wręcz to akceptuje? Tu pojawia się pojęcie tolerancji „represywnej” Herberta Marcuse z 1965 roku. W klasycznej definicji tolerancja to cierpliwe znoszenie czegoś, czego nie akceptujemy, ale czego nie próbujemy zniszczyć. Marcuse uznał, że to trzeba odwrócić: tolerancja ma dotyczyć tylko postępowej lewicy, a nie ma dotyczyć „reakcyjnej” prawicy.
W praktyce oznacza to: ruchy lewicowe mają być chronione, a ruchy prawicowe – zwalczane wszelkimi środkami, także poza polityką: w sferze czynów, zaniechań, wypowiedzi publicznych, propagandy. Tę prawicę trzeba „zadeptać”. Taki jest fundament neomarksistowskiego podejścia do „tolerancji”. Stąd ataki, stąd prowokacje i stąd brak reakcji – oni po prostu realizują tę definicję.
Monte Cassino, „Czerwone maki” i nadzieja na odrodzenie
Na koniec – rocznica bitwy pod Monte Cassino. Bitwy krwawej, o której mówi się, że Polacy zostali skierowani na najtrudniejszy odcinek. Historycznie walczyli tam wcześniej i Gurkowie, i Anglicy, i Amerykanie ale to Polakom udało się wzgórze zdobyć – ogromnym kosztem krwi.
Ta bitwa miała znaczenie historyczne i symboliczne. Wielu historyków uważa, że pod Monte Cassino ugruntowała się pozycja polskiego rządu emigracyjnego. Ta walka ułatwiła byt powojennej emigracji, bo Polacy wreszcie zostali realnie zauważeni – pokazali, że do czegoś się „przydali” sojusznikom.
Ciekawa jest też historia pieśni „Czerwone maki na Monte Cassino”. W okresie stalinowskim – mimo represji, walki z „reakcyjnym podziemiem”, czyli prawicą – ta pieśń żyła w sercach Polaków. Gdy grano jej melodię w restauracjach czy innych miejscach, ludzie wstawali na baczność.
Chcę tym zakończyć optymistycznie: nawet jeśli dziś przechodzimy przez różne ataki, prowokacje, jeśli w praktyce wdrażany jest program Marcuse – to z takich, pozornie beznadziejnych sytuacji potrafimy się odrodzić. Tak było nieraz w naszej historii.
Unia Europejska, jeśli już chce być socjalistyczna i neomarksistowska, mogłaby przynajmniej dorównać intelektualnie socjalistom z Chin. Iść raczej w stronę myślenia o realnym interesie wspólnoty, a nie w stronę czystej ideologii. Bo na szachownicy świata, jeśli chcemy się kiedykolwiek liczyć – musimy zacząć myśleć poważnie. Dziś jest z tym bardzo źle.
Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.