Święto Konstytucji 3 Maja i politycy
Nie sposób zacząć inaczej niż od naszego święta Konstytucji 3 maja. Wczoraj odbyły się uroczystości państwowe, oczywiście był obecny prezydent, byli też obecni czołowi politycy. Jednak z obecnej koalicji widziałem tak naprawdę tylko wicemarszałka Zgorzelskiego, gdzieś tam mignął w kamerach. Nie było premiera.
Premier oświadczył, że uprzedził prezydenta, iż nie będzie go na obchodach, bo wyleciał do Armenii. I w sumie cieszę się, że został jeszcze prezydent, bo może gdyby był inny prezydent, to też by nas uprzedził, że go nie będzie, bo na przykład ma ważny wylot do Burkina Faso albo do innego „ważnego” miejsca na świecie.
Nie przypominam sobie, aby prezes Rady Ministrów był obecny na jakimkolwiek wydarzeniu czy święcie w charakterze państwowym.
Kiedy wczoraj słuchałem przemówienia prezydenta i patrzyłem na te obchody, doszedłem do wniosku, że mamy pilną potrzebę zmiany systemu edukacji. Trzeba wyrzucić te wszystkie „ministry” i zająć się naprawdę edukacją, bo niedługo młodzież nie będzie wiedziała nie tylko, czym jest Konstytucja 3 Maja, ale nie będzie znała podstawowych dat, ani nie będzie mogła rozpoznać czy wymienić bohaterów naszej niepodległości. A jest ich sporo.
Prezydent zwrócił uwagę na ważną rzecz, którą chciałem przytoczyć. W preambule Konstytucji 3 Maja jest zapis: „wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów”. Uważam, że ten napis powinno się wyryć na czołach każdego polskiego polityka. Wtedy uchwalano Konstytucję właśnie po to, by być wolnymi od hańbiących, obcej przemocy nakazów. Dzisiaj dotyczy to dokładnie tego samego. I często tych samych krajów.
Nowa Rada Konstytucyjna
Prezydent powołał nową Radę Konstytucyjną i uważam, że może to być dobry punkt wyjścia. Nasza konstytucja z 1997 roku była uchwalana w pewnym kompromisie, który był potrzebny w tamtych czasach. Przetrwała do dzisiaj i dziś jest obowiązująca.
Natomiast obecnie jest nieprzestrzegana przez rządzących, jest łamana nagminnie. W związku z tym, jeżeli jest łamana, to może warto byłoby pomyśleć nad nową konstytucją, która będzie dostosowana do obecnych czasów i wyjdzie gdzieś w przyszłość. Oczywiście do zmiany dzisiaj konstytucji potrzeba więcej trudu niż do jej uchwalenia, i może dlatego tak ciężko ją zmienić.
Warto jednak rozmawiać o tym, jak chcielibyśmy, żeby nasze państwo wyglądało. Stąd zapewne taka rada, której skład – z tego co widziałem – jest dosyć szeroki: od lewej strony do prawej strony sceny politycznej, a przy tym składa się także z konstytucjonalistów. Może być to dobry ruch.
Iran, geopolityka i rynki finansowe
Jeśli chodzi o wydarzenia światowe – rynki finansowe dalej pozostają pod wpływem Iranu i szerzej: geopolityki. Mam nadzieję, że to się jakoś szczęśliwie niedługo skończy, ale sytuacja wygląda następująco:
Donald Trump powiedział, że nie będzie prosił Kongresu o wyrażenie zgody na przedłużenie działań wojennych, bo – jak wiemy – prezydent Stanów Zjednoczonych może rozpocząć działania wojenne na 60 dni, a po 60 dniach musi mieć zgodę Kongresu. Nie będzie o nią pytał pewnie z uwagi na to, że raczej by tej zgody nie dostał, bo demokraci są przeciw, znalazłoby się też paru republikanów, którzy również byliby przeciw, w związku z tym byłby problem.
Trump wymyślił teraz jakieś nowe hasło – wolności regulacji na morzach czy coś w tym rodzaju. W sumie nie wiadomo, jakie są dokładnie szczegóły tego planu. Fakt jest taki, że Iran dzisiaj ma wszystkie karty w rękach, jeśli mówimy językiem prezydenta Trumpa. Dalej ma uran, kontroluje cieśninę Ormuz i – szczerze mówiąc – finansowo wygląda lepiej, ponieważ ropa jest droga. Na tym korzystają i Iran, i Rosja.
Trzeba zwrócić uwagę na ruchy Japonii. Japończycy jeszcze przed weekendem – bo teraz mają święto do środy – w momencie, gdy robili interwencję walutową na jenie, stwierdzili, że jednak będą podpisywać umowę z Rosją na dostawę ropy do Japonii. Po prostu muszą mieć ten surowiec, są importerem ropy i najbardziej tracą na konfliktach w Zatoce Perskiej. W związku z tym Rosja ma możliwość sprzedaży ropy naftowej po bardzo dobrych, lukratywnych cenach.
Europa, NATO i Polska
Widzę też problem w Europie. Nasz premier Donald Tusk dwa razy w tym konflikcie swoimi wypowiedziami wpisał się w narrację o sytuacji w Unii Europejskiej i NATO. Pierwszy raz w wywiadzie dla „Financial Times”, gdzie powiedział, że NATO się rozpada, a drugi raz we wpisie, w którym stwierdził, że większym wrogiem zewnętrznym niż Rosja jest dla NATO samo NATO – że jest rozpad wewnętrzny.
Nikt nie zadaje jednak pytania – i premier też go nie postawił – dlaczego tak się dzieje? Dlaczego Europa jest tak wrogo nastawiona do Stanów Zjednoczonych od momentu, kiedy Donald Trump został prezydentem? Co się wydarzyło, że NATO się „rozwala”, mimo że około 70% finansowania w NATO pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, a armia USA to około 60% siły uderzeniowej całego Sojuszu?
Wydaje mi się, że odpowiedzią jest to, o czym kiedyś mówił J.D. Vance, kiedy pierwszy raz jechał do Niemiec i powiedział im, że muszą się zmienić, bo Europa idzie w złym kierunku, w kierunku zapędów totalitarnych. Z naszego punktu widzenia również widać, że Europa przestaje być Europą ojczyzn, a idzie w kierunku superpaństwa. Narzucane są pewne rozwiązania z góry, jest próba zlikwidowania prawa weta, forsowanie przede wszystkim ideologicznych poglądów.
Do tego dochodzi realny szantaż poszczególnych państw: jeśli nie zastosujesz się do pewnej ideologii, nie dostaniesz pieniędzy. Mamy cenzurę, czyli brak wolności słowa, próby regulowania jej, próby aresztowania dziennikarzy w różnych krajach Europy. To wszystko powoduje, że Europa i Stany Zjednoczone rozchodzą się.
No i teraz pytanie: co dalej? Nasz premier Donald Tusk nazwał kiedyś prezydenta Stanów Zjednoczonych agentem Rosji, a do tego dochodzą słynne zdjęcia z tymi wymierzonymi palcami jak pistolet w plecy prezydenta. To sprawia, że stosunki pomiędzy obecnym rządem polskim a Stanami Zjednoczonymi będą zawsze złe – i nie ma co się oszukiwać. Tym bardziej, że nie mamy nawet ambasadora w Stanach Zjednoczonych.
W związku z tym cała nadzieja jest w prezydencie, który te stosunki ma dobre lub bardzo dobre. Wydaje mi się, że byłaby to dla nas szansa, żeby te 5 tysięcy żołnierzy Amerykańskich przerzucić do Polski i budować tutaj silny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Tym bardziej, że Rosja odcięła Europę – w szczególności Niemcy – poprzez kazachski rurociąg, odcinając im ropę.
W związku z tym Niemcy nie mają ropy z Rosji, nie mają też ropy z Arabii Saudyjskiej, bo cieśnina Ormuz jest zamknięta. Mają więc wielki problem. Teraz Niemcy zaczęli rozmawiać z Polakami o tym, żeby do dostaw ropy i gazu wykorzystać polskie porty, w tym nasze naftoporty. Takie rozmowy się toczą z Polską i Polska też rozmawia z Amerykanami, aby stać się hubem przerzutowym tych surowców, które zapewne będą płynęły ze Stanów Zjednoczonych.
Donald Trump powiedział: „my ropy i gazu mamy dużo, chętnie wam wyeksportujemy”. I to może być sytuacja, w której Polska mogłaby znaleźć swoje miejsce. Gdybym był polskim politykiem, doprowadzałbym do tego, żeby załatwić dwie pieczenie na jednym ogniu: powiedzieć Amerykanom – dajcie nam swoich żołnierzy, będziecie bronić swoich hubów przerzutowych, my będziemy tym hubem, a przy okazji – daj Boże – jeszcze na tym zarobimy.
Jeśli nie wykorzystamy tej szansy, czeka nas inny scenariusz. Pentagon podjął decyzję, że na rok fiskalny 2027 Ukraina nie dostanie żadnych pieniędzy. Jest to sygnał dla Zełenskiego. Druga sprawa: Wittkoff z Kushnerem powiedzieli, że nie przyjadą do Kijowa. Wcześniej Zełenski miał do nich pretensje, że z Islamabadu polecieli do Moskwy, więc teraz oni mu mówią, że do Kijowa nie przyjadą. W związku z tym jest problem – Amerykanie nie chcą rozmawiać z Zełenskim.
To wszystko wskazuje na to, że koniec wojny między Ukrainą a Rosją się zbliża, a Europa jest w tej rozgrywce w osłabionej pozycji. Należy się spodziewać, że konflikt zmierza do końca. Tylko ważne, żebyśmy w tym wszystkim pamiętali o własnym bezpieczeństwie.
W Europie pojawiają się głosy, że Finowie zauważyli zwiększoną obecność Rosjan na granicy fińskiej i obawiają się ataku na Finlandię czy Estonię. My ze swojej strony musimy się zabezpieczać, bo – jak patrzę – jedyną realną nadzieją dla krajów bałtyckich, czyli Litwy, Łotwy, Estonii, a przede wszystkim Litwy, jest Polska.
Polska ma jedną cechę, której nie posiadają kraje Europy Zachodniej – mamy honor. W związku z tym zapewne odpowiedzielibyśmy, jeżeli Litwini byliby zaatakowani. Litwini są skazani na silny sojusz z Polską, natomiast na resztę – w mojej ocenie – nie ma za bardzo co liczyć. Musimy rozmawiać z Amerykanami na ten temat, ponieważ Niemcy, Francuzi w ogóle nie istnieją jako realna siła, a Rosjanie – jeżeli mieliby coś robić – na pewno nie będą czekać, aż Europa się uzbroi.
Waluty, giełdy i nastroje inwestorów
Na rynku walutowym mamy spokój, jeśli chodzi o euro-dolara. Następny ruch w górę wymagałby dojścia do poziomu 1,0850 i dopiero wtedy byłby jakiś katalizator, żeby pójść wyżej. Na razie kurs się konsoliduje i czekamy na to, co się wydarzy w cieśninie Ormuz i jak zostanie załatwiony pokój z Iranem.
Jeśli chodzi o dolar-jena, mieliśmy piękną interwencję na jenie – Bank of Japan interweniował powyżej 160. Teraz trochę „dobijają” jena Japończycy, ponieważ mają niską płynność; do środy rynek japoński jest zamknięty. Pytanie, czy przebiją zniesienie Fibonacciego na 155. Jeśli tak, będziemy mieli dalszą korektę, a jak nie – możemy powoli się odbudować na dolar-jenie.
Nasza złotówka jest uzależniona od tego, co się dzieje w Europie i na euro. Podzielam pogląd Warrena Buffetta, który ostatnio przekazał stery w swoim funduszu i teraz był tylko gościem na walnym zgromadzeniu. Powiedział, że po prostu nie rozumie ostatnio rynków akcyjnych, że przypominają mu trochę kościół z przybudówką kasyna. Też się z tym zgadzam.
Berkshire Hathaway, jego fundusz, siedzi na historycznie wysokich kwotach gotówkowych, gotowy ewentualnie do zakupów – przewidują zapewne jakąś korektę. Ja też uważam osobiście, że ten rynek akcyjny, jakby to powiedzieć, nie gra w schemat, który mam w głowie, i dlatego podchodzę do niego ostrożnie.
Nawet nasza hossa na warszawskiej giełdzie jest już dojrzała. Niektórzy oczywiście widzą tam jeszcze pole do dalszych wzrostów – bardzo możliwe – ale jak daleko? W mojej ocenie jesteśmy gdzieś na końcówkach tej drogi. Znowu należy się korekta, a ta korekta, która miała miejsce w konflikcie amerykańsko–izraelsko–irańskim, była za płytka w mojej ocenie.
Może trzeba się cieszyć, że rynek jest na szczytach, ale ja apeluję o ostrożność. Jeszcze jakiś czas temu byłem przekonany, że ten rynek jest skazany na pójście w górę, a teraz uważam, że jesteśmy w momencie takich „nieksiążkowych” inwestycji i wiele akcji jest zwyczajnie za drogich.

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.