Iran, Trump i „perska odpowiedź”
Na rynkach naprawdę się dzieje – głównie za sprawą piątkowo–sobotnich wypowiedzi i doniesień agencji informacyjnych o bliskości porozumienia z Iranem. Na początku Donald Trump pisał, że pokój jest już niemal „na wyciągnięcie ręki”.
Potem pojawił się bardzo ciekawy wpis rzecznika Iranu. Skoro Chińczycy w swoich komunikatach sięgali do historii i mitologii, to tym razem Irańczycy zrobili coś podobnego. Rzecznik prasowy przywołał postać cesarza rzymskiego Marka Juliusza Filipa, zwanego Filipem Arabem. Rzymianie żyli wtedy w przekonaniu, że są pępkiem świata i największym mocarstwem. Najechali Persję rządzoną przez Sasanidów – i okazało się, że cesarz musiał podpisać pokój na warunkach Persów i wycofać swoje wojska.
To była symboliczna odpowiedź na narrację Trumpa o „bliskim pokoju”. Przekaz był jasny: Iran nie jest na kolanach, nie musi niczego podpisywać za wszelką cenę, negocjacje trwają. W mojej ocenie ten pokój ostatecznie będzie zawarty na warunkach Iranu. Kością niezgody jest m.in. kwestia wzbogaconego uranu – Teheran nie chce przekazywać go w ręce „trzecie”, zapewne mając na myśli Izrael.
Potem zaczęła się zmieniać narracja również po stronie Trumpa – z „jesteśmy bardzo blisko” w stronę „blokada potrwa tak długo, aż porozumienie zostanie podpisane”. Ja mimo wszystko patrzę na to optymistycznie: uważam, że porozumienie zostanie zawarte, bo wszyscy naciskają Amerykanów. Do rozmów włączyli się Turcy, naciska cała Zatoka Perska, bo to właśnie tamte kraje tracą najwięcej na tym konflikcie.
Na rynkach mieliśmy za to klasyczną reakcję: po zapowiedziach zbliżenia do pokoju ropa naftowa potaniała o ok. 5%. I tu mamy nasze swojskie „baryłki ropy i baryłki gazu”. Pani minister Hennig–Kloska stwierdziła ostatnio, że „wszyscy teraz śledzą notowania baryłki ropy i baryłki gazu”. Z baryłką ropy jeszcze jakoś się da, ale notowania „baryłek gazu” znaleźć trudniej – i to dobrze pokazuje poziom kompetencji w naszych ministerstwach.
Atak na Kijów
Bardziej problematyczny niż konflikt w Iranie jest dziś – moim zdaniem – konflikt Rosja–Ukraina. W weekend dowiedzieliśmy się o kolejnym rosyjskim ataku na Kijów – także na obiekty cywilne, w tym na bazar. Rozległ się standardowy rwetes: „jak to, Rosjanie znowu atakują cywilów”. Prawdziwe jest to, że Rosjanie zaatakowali Kijów – ale zabrakło kontekstu: wcześniej Ukraińcy za pomocą dronów zbombardowali akademik w Ługańsku, gdzie zginęli chłopcy w wieku 14–18 lat. Atak na Kijów był więc rosyjskim odwetem.
Sytuacja paradoksalnie staje się coraz trudniejsza. Nawet Witkoff przyznał, że negocjacje między Ukrainą a Rosją stanęły w martwym punkcie. To dla mnie bardzo niepokojące, bo ta wojna powinna się już dawno zakończyć. Szkoda krwi młodych chłopaków po obu stronach.
Wojska USA w Polsce i „odbicie” Białorusi
Kolejny wątek to słynne „wycofywanie” i powrót wojsk amerykańskich do Europy Środkowej, w tym do Polski. Wcześniej wychodziłem z założenia, że Niemcy chcą Amerykanów z Europy się pozbyć. Dziś trochę to modyfikuję: oni nie chcą ich usunąć z całej Europy, tylko z naszej części. Chcą wrócić do stanu sprzed pierwszej prezydentury Donalda Trumpa – do sytuacji, w której to Berlin jest głównym partnerem USA i „języczkiem u wagi” w Europie.
Nasza obecna władza bardzo sprzyja takiemu scenariuszowi. Ale pojawił się prezydent Nawrocki – i Trump podjął decyzję o wysłaniu dodatkowych 5 tysięcy żołnierzy do Polski, wyraźnie podkreślając, dzięki komu ta decyzja zapadła.
Komentatorzy, którzy nie rozumieją geopolityki, krzyczą, że Trump jest „niezrównoważony”, bo raz mówi o wyprowadzeniu wojsk, potem o ich przysłaniu, do tego chwali Nawrockiego. Tymczasem to ma swoją logikę.
Po pierwsze, Trump jasno pokazuje, że jest w złych relacjach z Donaldem Tuskiem i jego rządem, a w dobrych z prezydentem Nawrockim. Po drugie – i ważniejsze – w tle toczy się gra o Białoruś. Amerykańskie służby pracują nad „odwróceniem” Białorusi od Rosji.
Jak to ma wyglądać w praktyce? Białoruś ma dwie główne nogi eksportowe: petrochemię i sole potasowe (nawozy potasowe), będąc jednym z największych eksporterów na świecie. Na te złoża ma apetyt również Putin, ale Łukaszenka ogranicza jego dostęp.
Amerykanie wpadli więc na prosty pomysł: „to my od was weźmiemy ten potas”. W krajach „demokratyczno–autorytarnych” przywódcę można odwrócić, odcinając czy przekierowując jego finansowe zaplecze, czyli biznes. Jeżeli Białorusini mają eksportować przez Zachód, potrzebują dostępu do portów.
Stąd naciski USA na Litwę (port w Kłajpedzie) i Polskę (port w Gdańsku), żeby umożliwić tranzyt białoruskich soli. Na początku był opór. Wtedy Amerykanie powiedzieli: „dobra, to zabieramy wam wojsko”. Kiedy opór zelżał – „wracamy z wojskiem”.
Nie chodzi więc o „humory” Trumpa, tylko o konkretną dźwignię nacisku. Jest historyczna szansa, żeby Białoruś choć częściowo odwrócić od Rosji – nad tym pracują Amerykanie.
Na tym tle warto zauważyć jeszcze jedno: w weekend zrezygnowała szefowa amerykańskiej agencji DNI, agencja ta zbiera dane z wszystkich służb wywiadowczych i kontrwywiadowczych. Była przeciwko wojnie z Iranem. W Kongresie mówiła wprost, że według ich danych Iran nie produkuje bomby atomowej – i to w tamtym momencie było prawdą.
Taka wypowiedź rozwalała całą narrację o „pilnym ataku”, bo znikał pretekst. Jej dymisja może świadczyć o tym, że szykują się rozwiązania, pod którymi nie chciała się podpisywać. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
Referendum w Krakowie i służby u Prezydenta
Na naszym podwórku mieliśmy też sensacyjne odwołanie prezydenta Miszalskiego w Krakowie. Jestem pod wrażeniem. Wyznaczenie „stref zielonych” zaszło tak daleko, że nawet wyborcy lewicowi, którzy wcześniej na niego głosowali, tym razem poparli jego odwołanie. Za odwołaniem było więcej osób, niż pierwotnie głosowało za jego wyborem.
To pokazuje, że „postęp” lewicowy może dojść do takiego poziomu, że nawet część własnego elektoratu mówi: „dość”. Dlatego ja bym się nie obraził, gdyby podobne strefy poszły dalej np. w Warszawie – bo wtedy też mogłoby dojść do referendów. Demokracja bezpośrednia jest świetnym narzędziem, czego przykładem jest Szwajcaria. Tam do referendum w sprawie zmiany konstytucji potrzeba mniej podpisów, niż u nas do odwołania prezydenta miasta.
Trwa też dalej akcja służb specjalnych z prowokacjami. Po przetestowaniu metod na dziennikarzach i pracownikach Telewizji Republika przyszedł czas na mieszkanie należące do rodziny prezydenta Nawrockiego.
Zgłoszono jakieś rzekome zagrożenie, straż pożarna przyjechała – niczego nie stwierdziła i szykowali się do odjazdu. Wtedy pojawiło się kolejne zgłoszenie, że jednak „ktoś jest w środku i coś sobie zrobi”, więc musieli wrócić i otworzyć mieszkanie.
To stare numery – identyczne w logice jak za PRL, kiedy do opozycjonistów wpadał dzielnicowy z urzędnikiem nadzoru budowlanego i ogłaszał, że kamienica grozi zawaleniem. Metoda inna w szczegółach, ta sama w istocie. Pytanie tylko, jak daleko w tym zajdziemy.
Rynki na szczytach
Na koniec rynki. Dzisiaj co prawda część z nich ma święto, ale to nie znaczy, że śpią. Giełdy są na nowych szczytach: Nikkei, Nasdaq, wszystko otworzyło się z dużymi lukami w górę. Eurodolar reaguje słabiej, ale też jest na plusie, złotówka lekko się umacnia.
Zobaczymy, na jak długo starczy tego paliwa. Bo realnie dalej mamy zablokowaną cieśninę Ormuz – a to jest problem, którego sama euforia nie załatwi.
Wiemy jedno: ostatnio do Pekinu ciągnęły delegacje z całego świata. To sugeruje, że to, co ma się wydarzyć, zostało już de facto „klepnięte” – zarówno przez obecnego hegemona, jak i tych, którzy aspirują do roli nowych.

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.