Chat with us, powered by LiveChat
wpadki językowe, język, podróż, wymiana walut, Ekantor.pl
7 grudnia 2018,  09:12

Słowa, których lepiej nie używać za granicą

5/5 (2)

Fałszywi przyjaciele to zjawisko językowe, którym określa się przypadkową zbieżność słów z różnych języków. To, co po polsku brzmi neutralnie może okazać się wyjątkowo wulgarne za granicą. Sprawdź, jakich zwrotów lepiej unikać żeby nie narobić sobie kłopotów.

– Przepraszam, szukam kierownika hotelu – jeżeli takiego zwrotu użyjesz w Czechach to, w najlepszym wypadku, możesz liczyć na oburzone spojrzenie. Właściwym czasownikiem byłoby bowiem hledat. Polskie szukać, podobnie jak merdać i ładować, to bardzo wulgarne określenia stosunku płciowego lub, równie wulgarna, ekspresja lekceważenia.

Czechy, królestwo pułapek językowych

Komunikacja polsko-czeska od dawna aż skrzy się od tego typu niespodzianek. Docenić damskie perfumy jest tam ryzykownie, bo pachnieć znaczy cuchnąć (poprawną formą byłoby wonieć). Nie warto importować towarów na Zachód, bo jest to określenie ubikacji (kierunek geograficzny określa słowo zapad) i nie należy się obrażać pytaniem o ich odbyt, tłumaczony jako polski zbyt (towarów właśnie). Polska panna to po czesku dziewica, pokuta to mandat, chu – apetyt a sklep – piwnica. Wychodzi na to, że czasami podczas wizyty w Czechach lepiej po prostu posługiwać się wspólnym angielskim. Chociaż z nim też bywa sporo kłopotów.

No preservatives

Fałszywi przyjaciele językowi są doskonale znani w komunikacji polsko-angielskiej. Część zwrotów jest dość zabawna, jak choćby rodzimy elewator oznaczający windę (ang. elevator) albo konduktor – czyli dyrygent (ang. conductor). Inne mogą przysporzyć nieco kłopotów. Wspomniane preservatives to, wbrew logicznym skojarzeniom, konserwanty. Z kolei popularne określenie pomyślnego trafu, czyli fart to w angielskim niestosowny dźwięk wydawany dolną częścią pleców. Zaś aby docenić damską fryzurę ułożoną w kok lepiej ugryźć się w język, jeśli nie znamy jej angielskiego odpowiednika.

Szarik na celowniku

Niektóre polskie słowa mają zaskakujące odpowiedniki również w bardziej egzotycznych regionach świata. Przykładowo, nie budząca żadnych specjalnych skojarzeń nazwa kraju Chile jest w Meksyku i Gwatemali używana jako niewybredne określenie męskich narządów płciowych.

Podobnie dwuznaczne jest użycie we Włoszech nazwy popularnego grzyba (lub ptaka). Kania znaczy po włosku to, co w Polsce samica psa, choć nie odnosi się do świata zwierząt. Zbliżone znaczenie ma niewinnie brzmiące polskie słowo lupa, również używane jako pejoratywne określenie kobiety. Fatalne zabrzmi też rodzime słowo figa, które we Włoszech nie ma żadnego związku z owocami. Używa się go na nieparlamentarne określenie pośladków.

Pozostając w tematyce przyrodniczej: kos to niekoniecznie nazwa wesołego ptaka. W Izraelu podobnie brzmiące słowo służy do określenia (oczywiscie wulgarnego) kobiecych organów płciowych.

Równie nieeleganckim słowem jest na Węgrzech szarik. O ile dla nas kojarzy się z wiernym towarzyszem załogi “Rudego 102”, o tyle u naszych historycznych bratanków służy za grubiańskie określenie pobytu w toalecie.

Wpadki językowe to źródło niekończących się dowcipów i anegdot. Są tym zabawniejsze, im częściej przytrafiają się innym ludziom. Nasze własne potknięcia cieszą jakby mniej. Nie wiedzieć dlaczego.

Warto przeczytać
Dołącz do dyskusji